czwartek, 21 listopada 2013

Dieta „studencka”



Niewiele mam na razie doświadczeń życiowych, ale dobrze poznałam już tajniki studenckiego, że tak to nazwę odżywiania. Pójście na studia to duże zmiany, szczególnie jeżeli wyprowadza się z domu. Ja oczywiście zajmę się przeanalizowaniem zmian w menu:) Swoje przyzwyczajenia kulinarne zazwyczaj wynosimy z domu i te najciężej wyplenić. 
Ale co się dzieje gdy połączymy kompletny brak umiejętności kulinarnych, chęć wydania jak najmniejszej ilości pieniędzy i brak czasu?

Umiejętności kulinarne – wiem po sobie, w domu mama gotuje obiadki, chodząc do szkoły mało kto musi zastanawiać się co, jak i z czego powstaje w kuchni. Polegamy na jej wiedzy i to jest punkt startowy. Następnie wyprowadzamy się i zachłystujemy samodzielnością. Nagle dostajemy określoną kwotę na miesiąc i trzeba to rozplanować na życie. Zastanawiamy się co zrobić żeby jeść smacznie i zaczynamy od potraw najprostszych – makarony, ryże, sproszkowane sosy i zupki, gotowe dania w słoikach i zamrażane.  Sklepy obecnie prezentują bardzo szeroki wybór dań instant, więc po co się wysilać i uczyć kuchennych czynności? Postaram się wytłumaczyć i przekonać dlaczego najłatwiej nie znaczy najlepiej… Skutki jedzenia byle czego wbrew pozorom nie pojawiają się po latach. Szybko  można poczuć brak energii, osłabienie, ciągłą senność, problemy skórne, częste infekcje czy niedopinające się spodnie.

Mało pieniędzy – na ten problem odpowiadają powstaje ostatnio strony kulinarne skierowane do studentów, a autorzy przepisów i rad za główne cele stawiają sobie oszczędność, wygodę i smak. Jednak droga do taniego żywienia nie musi wieść przez promocje w supermarketach. Jeżeli zwróci się uwagę na sezonowość warzyw i owoców oraz parę innych aspektów to zdrowo wcale nie musi oznaczać drogo. Z własnego doświadczenia wiem, że można osiągnąć tak zwany konsensus:) Duże oszczędności wprowadza także wegetarianizm, jak również zakupy na straganach oraz produktów na wagę zamiast paczkowanych.

Brak czasu – różnie to bywa w zależności od kierunku studiów, ale uwierzcie, że nikt tak bardzo nie narzeka  na brak przerwy na posiłek jak studentki dietetyki…Powtarzają nam jak ważna jest regularność jedzenia, a coś przekąsić mamy czas zazwyczaj przechodząc między szpitalami (w których mamy większość zajęć). Teraz na brak wolnego czasu nie narzekam, nasze studia do ciężkich raczej nie należą. Ale jest przyjemnie, mam czas na poszerzanie swojej wiedzy i dzielenie się nią:)
Wbrew pozorom zdrowe jedzenie nie musi wymagać więcej czasu na przygotowanie niż niezdrowe. Przecież dla przykładu makaron gotuje się podobnie długo jak kasza jaglana czy gryczana. Jajka w koszulkach gotuje się krócej niż smaży jajecznicę. Ugotowanie brokułu zajmuje jedynie 5min, a większości warzyw najlepiej nie gotować wcale.

Do tego dochodzi, wiadomo, kwestia alkoholu. Zalecanie nie spożywania byłoby z mojej strony sporą hipokryzją… Dlatego może poprzestanę na wyborze mniejszego zła – ze wszystkich alkoholi najmniej szkodliwa jest czysta wódka. Jej metabolizm jest prosty, raz na czas zdrowy organizm sobie z nim poradzi. Ale gorzej jeżeli dochodzą do tego słodkie napoje – dorzucamy sobie aromatów, barwników, cukru i różnych innych chemikaliów. Sporo tego zawierają też wszelkie piwa, szczególnie te smakowe, jak również gotowe drinki. Natomiast wino – w umiarkowanych ilościach, co jest nam notorycznie przypomniane, jest polecane przez towarzystwo kardiologiczne w celu zapobiegania chorobom układu krążenia. Wynika to z obecności w czerwonych winogronach prozdrowotnego związku – resweratrolu (przeciwutleniający i antygrzybiczny).

Teraz chciałabym przedstawić co może spowodować zmiana diety, na przykładzie pewnej drogiej mi osoby. Bliższe poznanie dietetyczki może wywrócić świat do góry nogami;)

Dieta pewnego studenta przed i po zmianie myślenia…
Zwyczaje żywieniowe owego pana – jedzenie było przymusem, bo dość często łapał go silny głód. Było też wielką przyjemnością, gdy mógł kupić sobie czekoladę, ciastka czy batoniki. Zakupy zawsze te same, identyczne produkty co tydzień w takich samych ilościach. Jedyną zmianę w menu wprowadzały promocje w supermarkecie. Odwiedzane stoiska: mięsne – po szynkę i pierś z kurczaka, półka z makaronami, lodówki z nabiałem, pieczywo białe, regały ze słodyczami i słodkimi płatkami, stoisko warzywne – sporadycznie w celu zakupienia ziemniaków.

Jadłospis:

  •  Śniadanie: płatki czekoladowe lub inne słodzone z mlekiem kartonowym/ kanapki z białego pieczywa, posmarowanego margaryną z kremem czekoladowym lub dżemem, pasztetem konserwowym
  •  Drugie śniadanie: baton/inne słodkości/obwarzanek
  •  Obiad: wszelkie kombinacje oczyszczonego makaronu/białego ryżu (gotowanego w plastikowych woreczkach, których związki "wzbogacają" naszą potrawę) z sosami z proszku lub ze słoika, czasami ze smażonym mięsem (pierś z kurczaka)/ kotlety panierowane lub inne mięsa od mamy z ryżem lub ziemniakami/ mrożonka warzyw na patelnie z ryżem lub makaronem/ okazjonalnie mączne dania lub zupki z baru mlecznego.
  • Kolejny posiłek po 2-3h: tosty – biały chleb, margaryna, ser żółty, szynka
  • Kolacja: kanapki z szynką/serem żółtym, białym, topionym/parówki/jajecznica
  • W między czasie przekąski: batony, ciastka, czekolady, drożdżówki
  • Napoje: herbata słodzona dwoma łyżeczkami cukru rano i wieczorem, czasami słodkie napoje gazowane, woda, okazjonalnie piwo.
Żaden pozytywny komentarz nie przychodzi mi do głowy…nie wyobrażam sobie jak można jeść w taki sposób. Wszystko albo zawiera cukier, albo jest oczyszczone ze składników odżywczych. Mnóstwo szkodliwych związków: z mięsa (hormony, antybiotyki), ze słodyczy (syrop glukozowo-fruktozowy, konserwanty, barwniki, aromaty), z gotowych potraw (polepszacze smaku, konserwanty)… Do tego bezwartościowe mleko i szkodliwe tłuszcze (margaryna i kujawski do smażenia). A co najgorsze – prawie całkowity brak składników odżywczych – witamin, minerałów i enzymów.

Delikwent mimo to uważał się za zdrowego. Po prostu szereg dolegliwości uznawał za naturalne, bo tak już być musi. Nie dziwiły go ciągnące się okrągły tydzień przeziębienia za każdym razem, gdy tylko pogoda się pogarszała. Normalne były napady wilczego głodu, gdy godzinę czy dwie nie miał niczego w ustach. Nie zastanawiał go ciągły głód słodyczy, który ciężko było zaspokoić.

A to wszystko to było wołanie organizmu o pomoc. Układ odpornościowy nie miał do dyspozycji witamin czy dobrych bakterii. Ciągłe dostarczanie cukru powodowało stałe obniżanie zdolności obronnej organizmu. Nie miał siły się bronić, a każda najmniejsza próba była tłumiona – bo przecież jak gorączka to trzeba zażyć paracetamol, jak katar to spray do nosa, jak ból gardła to znieczulające tabletki do ssania. Napady głodu spowodowane były dużymi wahaniami stężenia cukru we krwi. Obfitość cukrów prostych prowadziła do nagłych wzrostów w trakcie posiłku i szybkich spadków niedługo po. Do tego dochodził głód komórkowy. Jeżeli dostarcza się samych zapychaczy (bo jedyne co robią to zapychają układ pokarmowy dając uczucie złudnej sytości) to wszystkie komórki cierpią na niedożywienie jakościowe. Brak im witamin, substancji mineralnych i enzymów. Nie mając z czego się odbudowywać wysyłają do mózgu sygnały, że najzwyczajniej w świecie nadal są głodne. A potem dostają jeszcze więcej zapychaczy więc są słabe i smutne, bo samo białko do budowy nie wystarczy (to tak jakby próbować budować dom z samych cegieł, bez zaprawy murarskiej). Głód słodyczy był kolejną tego manifestacją, bo głodny człowiek instynktownie szuka dużej dawki szybko przyswajalnych węglowodanów i koło się zamyka. W dodatku cukier silnie uzależnia, z czego mało kto zdaje sobie sprawę.
Objawy nie były zbyt dokuczliwe, można tak żyć latami wykańczając powoli swoje własne komórki i doprowadzając do coraz poważniejszych chorób.

Po około roku tłumaczenia, pokazywania, zabraniana i uczenia udało się wspólnymi siłami osiągnąć kolosalne wręcz zmiany tak diety jak i myślenia.
Nie był to proces szybki, każdą rzecz trzeba było tłumaczyć parę razy i najlepiej popierać badaniami naukowymi. Ale udało się. Więc jak teraz się odżywia? Trochę tak jak ja:)
  • Zwykły chleb kupuje sporadycznie, czasami jakiś pełnoziarnisty.
  •  Mleko wyeliminował całkowicie, z nabiału czasami twarożek i śmietana (da się jeszcze znaleźć taką bez dodatków, ale jak widać ciężko: http://www.slowdaylong.pl/ale-jaja-czy-wiecie-ze-w-biedronce-nie-sprzedaja-smietany/ ), jeszcze czasem żółty ale to na smaka:]
  • W związku z brakiem mleka – płatki też wyleciały z menu.
  • Najciężej było ze słodyczami, nadal na widok czekolady świecą mu się oczy. Spożywa je jednak niewiarygodnie rzadziej, a w zamian zajada się owocami i orzechami(zawsze obecnymi na stole w celu podjadania) oraz moimi niskocukrowymi wypiekami (czasami z ksylitolem lub miodem – za tanie to to jednak nie jest:( ).
  • Ilość mięsa zredukował do minimum, które jest zmuszony konsumować u rodziców. Pierwsze dwa tygodnie diety wegetariańskiej nie były łatwe, sama wiem że pokusa jest dość silna. Ale gdy uświadomi się sobie, że nie jest to niezbędne do życia ani smacznych posiłków – to stopniowo ochota mija, a z czasem przeradza się w niechęć do spożywania martwych zwierząt. Według mnie korzyści jest znacznie więcej niż wad. Szczególnie jak się doda powody ekologiczne, które mojego pana przekonują:)
  • Makaron raz na mniej więcej dwa tygodnie i to pełnoziarnisty. Zamiast tego polubił kaszę jaglaną (poleca z pomidorkami), gryczaną (pyszna z brokułem lub w formie kotlecików) oraz strączkowe w zupie, z warzywami lub w formie pasztetu (nie przypuszczał że to takie dobre).
  •  Uwielbia smak herbaty liściastej (wcześniej królowała „minutka”) bez cukru. Oprócz tego pije wodę, a kolorowych napojów i soków z kartonu już nie widuje.
  • Z margaryną oczywiście się pożegnał (a to że jest tania i łatwiejsza w obsłudze to już niewystarczające argumenty za jej konsumpcją).
  • Nauczył się kupować warzywa, a co najważniejsze uważa je za smaczne. Najlepsze w formie sałatki typu „spotkajmy się wszyscy razem”(czyli po trochu wszystkiego co można znaleźć akurat w lodówce) polanej oliwą z oliwek (lub innym tłoczonym na zimno olejem) z dodatkiem ziół(a najlepiej świeżej bazylii). Składnikiem każdego obiadu są także inne warzywka takie jak szpinak, kalafior, papryka, pomidory, marchewka, cebula czy różne sałaty. Poleca także pyszne i proste kotleciki z cukinii i marchewki smażone na oleju kokosowym.
  • Odkrył także, że da się samemu hodować jedzonko w mieszkaniu na parapecie. A mowa tu o pysznych, tanich i łatwych do wyhodowania kiełkach. Jedno opakowanie nasion do kiełkowania np. z rzodkiewki ze sklepu eko kosztuje 3-4zł, z tego mamy ok. 3 duże słoiki wyrośniętych kiełków(dla porównania za 3zł możemy kupić w biedronce jedno małe opakowanie o wadze 1/6 tego co moglibyśmy sami zrobić za tą cenę). Procedura jest łatwa- zalewamy nasionka wodą i zostawiamy na noc, rano przykrywamy gazą, zabezpieczamy gumką recepturką i wylewamy wodę, a następnie płukamy rano i wieczorem przez 3-4 dni. Nie wymaga to dużo wysiłku, a daje satysfakcje i pełne wartości odżywczych jedzonko.
  • Dowiedział się także o istnieniu paru ciekawych smaków (które w dodatku służą zdrowiu) takich jak: jak kaki, avocado, jarmuż, sól himalajska, bazylia, kurkuma, karob, olej kokosowy i mleko kokosowe. Oraz o tym że w kuchni da się używać różnych kasz zamiast ryżu, robić kotleciki bezmięsne, sałatkę owocową czy kupić w lidlu prawdziwego kokosa. Wszystko to przynosi wiele przyjemności i jest zaskakująco dobre:)
A co ze zdrowiem? Długo był zaskoczony, że coś się polepszyło, ale tak właściwie to nie wie dlaczego… Ostatnie przeziębienie było około pół roku temu (tak gdzieś początkiem wiosny), a wcześniej pierwsze jesienne zakatarzenie dopadało go już po pierwszym ochłodzeniu w październiku. Silne uczucie głodu połączone z rozdrażnieniem ustąpiło miejsca normalnemu uczuciu ssania w żołądku. Jedzenie do syta nie oznacza już wielkich porcji i wrażenia wypchania brzucha po brzegi. Najedzeniu się towarzyszy tylko ustanie głodu i przyjemność ze smaku. Rozmiar spodni nieznacznie się zmniejszył mimo wcześniejszego braku widocznego zbędnego tłuszczyku. Widocznie gdzieś tam był i przestał być potrzebny bo „trudne czasy” się skończyły. Nie są to jakieś spektakularne zmiany, ale jednak to dobry początek do długiego, zdrowego i szczęśliwego życia.

Jest to taki mój pierwszy mały sukces. Wiem jednak że na żadną osobę nie będę miała aż takiego wpływu jak na Niego. Mimo to mam zamiar się starać i gorąco wszystkich namawiam do pójścia Jego śladami i wybrania ścieżki zdrowia!:):):) (a w szczególności studentów - przyszłość zależy od nas)

2 komentarze:

  1. Cześć, właśnie takich artykułów poszukuję.. o tematyce zdrowego odżywiania biorąc pod uwagę studencką kieszeń. Ja sama studiując i dostając 50 zł na tydzień z czego 20 zł musze odliczyć na przyjazd i powrót pociągiem do domu, wybieram się na zakupowy szał do biedronki, da się wszystko kupić za tą kwotę i przeżyć te 5 dni robocze, jogurty naturalne, kefiry, kiełki, warzywa, jakąś żurawinę od święta i inne niezbędne składniki. Powodzenia z blogiem, towarzyszącą temu inspiracją i czekam na każdy wpis, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej ;)
    zastanawia mnie czy Twoja duma z pozbycia się z menu mleka wynika z tego, że nie jest tym "prawdziwym" mlekiem prosto od krowy, czy może z innych powodów? Nie wyobrażam sobie życia bez mleka i nabiału, chociaż w tej kwestii jestem rozdarta jestem rozdarta, czy łatwiej mi się pozbyć z jadłospisu nabiału czy też czekolady..
    P.S.Już znalazłam przepis na placki z cukinii i marchewki, jutro z pewnością go wypróbuje :D
    Pozdrawiam,
    Studentka ;)

    OdpowiedzUsuń

Masz uwagi? sugestie? pytania? przemyślenia? - napisz:)